Zdaję sobie sprawę, iż sam tytuł tej książki może u wielu budzić silne emocje, gdyż Inkwizycja dzisiaj nawet katolikom raczej kojarzy się źle. Tym cenniejsze jest zawarte w tej książce wyjaśnienie pewnych nieporozumień. Wielu ludzi myśli, że gdyby nie było Inkwizycji, nie byłoby zabijania za poglądy. Jest to nieprawda, gdyż o jej początkach można mówić dopiero od 1184 roku (Inkwizycja biskupia, która z początku w ogóle nie była w stanie wydać wyroku śmierci), natomiast władze świeckie potrafiły skazać na śmierć przedstawicieli konkretnych herezji już od czasów Teodozjusza Wielkiego (IV wiek n.e.). Co więcej, właśnie one wydawały wyroki śmierci na heretyków znacznie częściej. Istniała również trzecia możliwość - błędnowierca mógł paść ofiarą samosądu, linczu, bez procesu. Na tym tle proces inkwizycyjny był, jakkolwiek to nie zabrzmi, stosunkowo "najmniejszym zagrożeniem" dla osoby kontestującej prawdy wiary, już przez samo unormowanie, drobiazgowe badanie sprawy (źródłosłów słowa "inkwizycja" to właśnie "badanie, poszukiwanie"). Według autora książki, mniej niż 1% procesów kończyło się "przekazaniem ramieniu świeckiemu" w celu wymierzenia kary śmierci. Co z pozostałymi 99%? To skazanie na kary kanoniczne (np. odbycie pielgrzymki, odmawianie psalmów pokutnych) lub uniewinnienie. Inkwizytorzy nie byli żądnymi krwi oprawcami - wręcz przeciwnie, celem procesu było przede wszystkim nakłonienie do wyrzeczenia się błędów, nawrócenia i powrotu na łono Kościoła, co wielokrotnie się udawało.
Dr Roman Konik na kartach książki porusza liczne kwestie, często stanowiące zarzuty wobec Inkwizycji: działalność Inkwizycji Hiszpańskiej, postacie inkwizytorów, procesy o czary, rzekome tortury, herezje średniowiecza, procesy konkretnych heretyków. Wyjaśnia, dlaczego w instytucji Inkwizycji nie chodziło wyłącznie o "tolerancję wobec inaczej myślących", ale również o zachowanie ładu społecznego. XI wiek był czasem, gdy błędnowierstwo przybrało postać ruchów masowych, podważających nie tylko autorytet Kościoła będącego ostoją moralności, ale często również głoszących nieważność wszelkich przysiąg - w tym hołdu lennego i przysięgi małżeńskiej. Wprowadzenie tej zasady w życie musiało wtedy prowadzić do anarchii. Wyjaśnia to też, dlaczego to władze świeckie bardziej parły do rozwiązań siłowych, a Kościół jedynie przyzwolił na ich stosowanie (o czym wspomina m.in. Krzysztof Karoń w poprzednio omawianej "Historii antykultury". Możemy to przyzwolenie oceniać negatywnie, nie zgadzać się z nim - ważne jednak, żebyśmy znali kontekst tamtych czasów, który przynajmniej częściowo wyjaśnia, dlaczego zostało wydane. Zasługą autora jest również demitologizacja konkretnych przypadków, np. sprawy Galileusza, skazanego nie na śmierć, a na odmawianie psalmów pokutnych - nie za poparcie teorii Kopernika, ale za stwierdzenia, że teraz należy przez nią inaczej interpretować Pismo Święte. Zdecydowanie warto skonfrontować się z tą lekturą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz