wtorek, 31 grudnia 2024

Kacper Kita "Saga rodu Le Penów"

Ta książka to biografia rodziny i historia partii zarazem - chodzi bowiem o Jean-Marie Le Pena, założyciela i długoletniego lidera Zjednoczenia Narodowego (przez pewien czas pod nazwą Front Narodowy) oraz jego córki, a w szczególności Marine Le Pen, której przekazał kierowanie partią. Partię tę określa się zwykle jako "skrajnie prawicową" chociaż, zdaniem autora, nie do końca słusznie. Owszem, Zjednoczenie Narodowe u swoich początków broniło istnienia francuskiego imperium kolonialnego, a także państwa Vichy, często przedstawianego jako kolaboracyjne wobec Hitlera (chociaż w tej książce oraz w "Chronologii Akcji Francuskiej" Jacka Bartyzela opowiada się tą historię trochę inaczej), następnie przeszło na pozycje nacjonalistyczne i antyimigranckie, którym jest wierne do dzisiaj. Natomiast w innych aspektach czasami można się zastanawiać, czy w ogóle opisać partię Le Penów jako prawicową - już za czasów Jean-Marie znajdowali się w niej zarówno katolicy, jak i neopoganie, solidaryści jak i wolnorynkowcy. Za Marine doszło do tego dość wpływowe skrzydło gejowskie, ponadto rozbudowała ona program socjalny. Co więcej, próżno szukać w dzisiejszym Zjednoczeniu walki z aborcją, a działacze katoliccy, którzy jeszcze pozostali jego członkami, byli marginalizowani (chyba, że trzeba było rywalizować ze znajdującym się bardziej na prawo Ericiem Zemmourem). 


Ciekawe są także wątki biograficzne książki - wbrew tytułowi, Le Penowie nie należeli do żadnej arystokracji; przeciwnie, Jean-Marie urodził się w ubogiej rodzinie chłopskiej. Możemy przeczytać o jego udziale w wojnie w Indochinach jako szeregowy żołnierz, o tajemniczym spadku po nastoletnim milionerze, który przepisał swój majątek na partię, o zamachu na Le Penów, który Marine przeżyła w wieku 8 lat, o kłótniach w rodzinie, z wyrzuceniem Jeana-Marie przez Marine z partii włącznie (za kontrowersyjne wypowiedzi). Jeśli autor pisze o "rodzie", to dlatego, że trzy pokolenia tej rodziny działają w polityce, a Zjednoczenie Narodowe stanowi jakby rodzinną firmę. Oprócz tego dowiemy się z książki o funkcjonowaniu francuskiej polityki w ogóle. Lektura zdecydowanie godna polecenia.


Wszystkim czytelnikom życzę jak najlepszego nadchodzącego roku 2025, z wieloma dobrymi przeczytanymi książkami na koncie ;).

poniedziałek, 23 grudnia 2024

Robert Hugh Benson "Świt Nowej Ziemi"

Jak wyglądałby świat, gdyby ludzie masowo się nawrócili? Jaki panowałby porządek społeczny? Główny bohater powieści Bensona budzi się w takim chrześcijańskim świecie przyszłości jako ksiądz, sekretarz prymasa Anglii - nie pamięta jednak ani kim jest, ani jak ten świat funkcjonuje. Wyrusza on w podróż po Europie, podczas której jego oczy będą coraz szerzej otwierać się ze zdziwienia. Przyzwyczajony do czasów, gdy Kościół walczył o przetrwanie, ma trudności z ogarnięciem skali jego triumfu - i my również.


Jeśli coś ten świat przypomina to średniowiecze, ale średniowiecze przyszłości, z nowoczesną technologią, z nauką, która jeszcze się rozwinie, ale będzie w pełnej harmonii z wiarą. Olbrzymia ilość powołań kapłańskich i zakonnych, świadomość własnego stanu i powołania, łacina znów językiem międzynarodowym... Jednak i ten świat nie będzie jeszcze wolny od dramatu. Jakiego? A to już zapraszam do lektury...


Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia!

sobota, 21 grudnia 2024

Tomasz Cukiernik "20 lat w Unii: bilans członkostwa"

Pozycja wyjątkowo ciekawa z racji tematu, który mało kto podejmuje. Zazwyczaj ludzie po prostu zakładają, że Unia nam się opłaca zamiast się nad tym zastanawiać - tymczasem autor poddaje tę kwestię poważnej analizie ekonomicznej. Wskazuje na jedną wielką korzyść, jaką jest dostęp do wspólnego rynku europejskiego, generujący dla Polski wartość rzędu 13% PKB - na tym jednak, jego zdaniem, lista zalet się zamyka. Myślę, że nawet część eurosceptyków będzie, podobnie jak ja, stwierdzeniem o szkodliwości unijnych dotacji - autor jednak gromadzi przeciw nim długą listę zarzutów. Po pierwsze, obciążone są one kosztami wynagrodzeń urzędników, których jedynym zadaniem jest ocenianie wniosków (a mogliby robić coś produktywnego). Po drugie, dotacje często wydawane są w sposób nieprzemyślany, na złe cele, a nawet wyłudzane, np. na szkolenia. Generują też koszty utrzymania wybudowanych obiektów, rosnące zadłużenie, a nawet bankructwa firm i samorządów (szczególnie, jeśli każe się zwrócić dotacje z powodu niedotrzymania warunków). Wreszcie, korzystanie z dotacji to forma nieuczciwej konkurencji na rynku, dająca przewagę firmom, które je biorą. 


Unia to także nadmiar regulacji, często absurdalnych i nieżyciowych, ideologiczne zaangażowanie - narzucanie aborcji i gender, jak również gospodarczo samobójcza polityka klimatyczno-energetyczna. Cukiernik policzył, iż dekarbonizacja do 2050 roku wyniesie 10 razy tyle, co wpływy z unijnych dotacji. Ciekawa jest kwestia tego, co Unia robi z pieniędzmi europejskiego podatnika - czasami bywa wyjątkowo absurdalnie. Wyobraźcie sobie, że 250 tys. euro wydała na walkę z... dyskryminacją bezobjawową (ciekawe, czy w ogóle istniała, skoro nie ma objawów). Że rozdaje pieniądze również kandydatom do wspólnoty, że swego czasu finansowała Rosję Putina, a nawet... Sri Lankę. Jeśli jednak szukać jakiegoś porządku, jakiegoś celu polityki unijnej, to jest nim interes Niemiec, które konsekwentnie realizują koncepcję Mitteleuropy. Koncepcja ta, powstała w 1915 roku, polega na podporządkowaniu sobie Europy Środkowo-Wschodniej, mającej pełnić rolę podwykonawców dla niemieckiej gospodarki. Ma zostać zrealizowana już nie militarnie, ale przez instytucje unijne.


Na koniec autor zostawia nam trochę nadziei. Jedną jest wezwanie do Polexitu, drugą - wspomnianą w zamykającym książkę wywiadzie - wskazanie, że nawet pozostając w Unii możemy wycofać się z Europejskiego Zielonego Ładu i prawdopodobnie nic nam za to nie zrobią. Do tego potrzeba jednak rządu realizującego suwerenną politykę. Bardzo potrzebna i pożyteczna lektura.

wtorek, 17 grudnia 2024

Roman Konik "W obronie Świętej Inkwizycji"

Zdaję sobie sprawę, iż sam tytuł tej książki może u wielu budzić silne emocje, gdyż Inkwizycja dzisiaj nawet katolikom raczej kojarzy się źle. Tym cenniejsze jest zawarte w tej książce wyjaśnienie pewnych nieporozumień. Wielu ludzi myśli, że gdyby nie było Inkwizycji, nie byłoby zabijania za poglądy. Jest to nieprawda, gdyż o jej początkach można mówić dopiero od 1184 roku (Inkwizycja biskupia, która z początku w ogóle nie była w stanie wydać wyroku śmierci), natomiast władze świeckie potrafiły skazać na śmierć przedstawicieli konkretnych herezji już od czasów Teodozjusza Wielkiego (IV wiek n.e.). Co więcej, właśnie one wydawały wyroki śmierci na heretyków znacznie częściej. Istniała również trzecia możliwość - błędnowierca mógł paść ofiarą samosądu, linczu, bez procesu. Na tym tle proces inkwizycyjny był, jakkolwiek to nie zabrzmi, stosunkowo "najmniejszym zagrożeniem" dla osoby kontestującej prawdy wiary, już przez samo unormowanie, drobiazgowe badanie sprawy (źródłosłów słowa "inkwizycja" to właśnie "badanie, poszukiwanie"). Według autora książki, mniej niż 1% procesów kończyło się "przekazaniem ramieniu świeckiemu" w celu wymierzenia kary śmierci. Co z pozostałymi 99%? To skazanie na kary kanoniczne (np. odbycie pielgrzymki, odmawianie psalmów pokutnych) lub uniewinnienie. Inkwizytorzy nie byli żądnymi krwi oprawcami - wręcz przeciwnie, celem procesu było przede wszystkim nakłonienie do wyrzeczenia się błędów, nawrócenia i powrotu na łono Kościoła, co wielokrotnie się udawało.


Dr Roman Konik na kartach książki porusza liczne kwestie, często stanowiące zarzuty wobec Inkwizycji: działalność Inkwizycji Hiszpańskiej, postacie inkwizytorów, procesy o czary, rzekome tortury, herezje średniowiecza, procesy konkretnych heretyków. Wyjaśnia, dlaczego w instytucji Inkwizycji nie chodziło wyłącznie o "tolerancję wobec inaczej myślących", ale również o zachowanie ładu społecznego. XI wiek był czasem, gdy błędnowierstwo przybrało postać ruchów masowych, podważających nie tylko autorytet Kościoła będącego ostoją moralności, ale często również głoszących nieważność wszelkich przysiąg - w tym hołdu lennego i przysięgi małżeńskiej. Wprowadzenie tej zasady w życie musiało wtedy prowadzić do anarchii. Wyjaśnia to też, dlaczego to władze świeckie bardziej parły do rozwiązań siłowych, a Kościół jedynie przyzwolił na ich stosowanie (o czym wspomina m.in. Krzysztof Karoń w poprzednio omawianej "Historii antykultury". Możemy to przyzwolenie oceniać negatywnie, nie zgadzać się z nim - ważne jednak, żebyśmy znali kontekst tamtych czasów, który przynajmniej częściowo wyjaśnia, dlaczego zostało wydane. Zasługą autora jest również demitologizacja konkretnych przypadków, np. sprawy Galileusza, skazanego nie na śmierć, a na odmawianie psalmów pokutnych - nie za poparcie teorii Kopernika, ale za stwierdzenia, że teraz należy przez nią inaczej interpretować Pismo Święte. Zdecydowanie warto skonfrontować się z tą lekturą.

czwartek, 12 grudnia 2024

Krzysztof Karoń "Historia antykultury"

"Antykultura jest ideologią władzy pasożytniczych elit nad pragnącym nieograniczonej wolności, ale pozbawionym zdolności do pracy społeczeństwem." - tymi słowami zaczyna się trzecia część w książce "Historia antykultury" Krzysztofa Karonia. Autor mówi o "antykulturze", ponieważ ta ideologia, czerpiąca obficie z neomarksizmu szkoły frankfurckiej i teorii krytycznej, zanegowała wartość kultury w ogóle, marząc zamiast tego o powrocie do mitycznej wspólnoty pierwotnej, w której człowiek zadowala się spełnianiem swoich potrzeb biologicznych, a szczególnie seksualnych. Autor wychodzi od zdefiniowania podstawowych pojęć, w tym szczególnie pojęcia kultury, której głównym motorem jest zdolność ludzi do motywowania się do nieprzyjemnego wysiłku po to, by doświadczyć satysfakcji i uznania innych ludzi. Antykultura dąży do zniszczenia tego mechanizmu. Kluczowe u niego jest także stwierdzenie, że do realizowania wolności potrzebne są dobra materialne, które można zdobyć albo własną pracą, albo na koszt drugiego człowieka. W drugiej części autor próbuje przywrócić zapomniane prawdy z historii kultury, druzgocąc propagandową opowieść o tym, jakoby Kościół był hamulcem postępu. To, co Kościół naprawdę hamuje, ogranicza, to skłonność człowieka do wyzyskiwania drugiego człowieka. Karoń porusza tu tak szeroką gamę tematów jak np. katolicka antropologia, scholastyka, stosunek wiary do nauki, Inkwizycja, sprzeciw wobec niewolnictwa. Przedstawia również historię różnych odmian marksizmu oraz kształtowanie się antropologii jako dyscypliny naukowej. Wreszcie - marsz neomarksistów przez instytucje kultury współczesnego Zachodu. Wyjątkowo pouczająca lektura.


Polecam także stronę autora, na której można zamówić książkę, przeczytać bardzo obszerne fragmenty, jak również obejrzeć filmiki. https://www.historiasztuki.com.pl

Oraz kanał na YouTube Program wiedzy społecznej https://www.youtube.com/@PROGRAMWIEDZYSPOLECZNEJ

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Teodor Jeske Choiński "Gasnące słońce" (tłumaczenie polskie)

Cześć wszystkim! W dzisiejszym poście chciałbym opowiedzieć wam o "Gasnącym słońcu", wspaniałej powieści Teodora Jeske-Choińskiego. Dzieje się w czasach cesarza rzymskiego Marka Aureliusza (ok. 200 roku naszej ery).

Podczas gdy większość rzymskich elit przestała już wierzyć w stare rzymskie cnoty i bogów, zamiast tego wybierając życie oparte na przyjemnościach, to główny bohater powieści Publiusz Kwintyliusz Werus jest rzymskim patriotą wciąż wiernym wobec starego porządku. Zakochuje się on w Mucji Kornelii, która na początku podziela w znacznej mierze jego światopogląd, ale później nawraca się na chrześcijaństwo, wówczas będące religią nową, rosnącą w siłę, ale pogardzaną. To wywołuje ciąg wydarzeń skutkujących tym, że Serwiusz Tuliusz, prefekt legionów rzymskich pochodzenia germańskiego, buntuje się i wypowiada wojnę Rzymowi. Powieść zgłębia temat napięć między wyżej wspomnianymi grupami i światopoglądami (Rzymianami, chrześcijanami i Germanami), a także temat miłości, która może się rozwinąć i w pewnym sensie przezwyciężyć wszystkie przeszkody. Gorąco polecam tę książkę każdemu zainteresowanemu historią, religią czy filozofią, a także ogólnie wszystkim miłośnikom literatury.

(Polskie tłumaczenie poprzedniego posta)

Teodor Jeske-Choiński "Gasnące Słońce" (English version)

Hi everyone! In today's post, I would like to tell you about "The Setting Sun" ("Gasnące słońce"), a great novel by a lesser known 19th century Polish writer Teodor Jeske-Choiński. It is set in the times of the Roman Emperor Marcus Aurelius (ca. 200 AD). 


While most of the Roman elites have ceased to believe in old Roman gods and virtues, embracing the life of pleasure instead, the novel's protagonist, i.e. Publius Quintillius Verus, is a Roman patriot still faithful to the old order. He falls in love with Mucia Cornelia, who at first shares his worldview to a large extent, but later converts to Christianity, which, at the time, is a new and growing but despised religion. This conversion triggers a sequence of events which cause Servius Tulius, a prefect of the Roman legions of Germanic origin, to rebel and wage war against Rome. The novel explores the tenstions between the above-mentioned groups and worldviews: Romans, Christians and Germans, as well as the theme of love, which can develop and, in a way, triumph over all obstacles. I would highly recommend it to anyone interested in history, religion or philosophy, as well as all lovers of literature in general.


(Written on a language course in St. Julian's, Malta)

wtorek, 3 grudnia 2024

"Tiara i korona" Teodor Jeske-Choiński

Akcja powieści rozgrywa się w latach 70. i 80. XI wieku (kluczowa data: 1077). Najważniejsze postacie historyczne to papież Grzegorz VII i cesarz rzymskoniemiecki Henryk IV, które wchodzą ze sobą w konflikt znany z kart historii jako spór o inwestyturę, czyli prawo mianowania biskupów. Szerzej, jest to rywalizacja między najwyższą władzą duchowną oraz świecką ówczesnej Europy. Oprócz tego mamy parę głównych bohaterów fikcyjnych - zakochanych w sobie Bertolda z Meersburga i Judytę z Hohenau.


Dobra powieść historyczna sprawia, że opisywane w niej czasy ożywają - zdecydowanie można to powiedzieć o "Tiarze i koronie". Ukazuje, że w tamtym okresie chrześcijaństwo dopiero zaczynało przemieniać serca i postępowanie ludzi, którzy owszem, wierzyli w Boga według wiary katolickiej, obawiali się piekła, ale też często odkładali pokutę na czas "kiedy wino przestanie smakować" (czyli na starość). Widać też wyraźnie, jak bardzo była potrzebna reforma gregoriańska, odnowa Kościoła i walka o jego niezależność od władzy świeckiej. Dlaczego? Dlatego, że skutkiem mianowania biskupów i opatów przez cesarza było to, że ciężko było w tej książce znaleźć prawdziwie wierzącego biskupa, że ci biskupi wtedy to byli tacy świeccy panowie, urzędnicy korony, lojalni wobec niej, prowadzący wojska na jej wojny. Zdarzali się też biskupi-buntownicy ze stronnictwa panów saskich - jedni i drudzy niewiele wspólnego mieli z prawdziwą wiarą. Prawdziwą wiarę w książce reprezentują po trosze niektórzy świeccy, głównie zaś część zakonników (przede wszystkim tych zreformowanych według opactwa z Cluny) oraz papież. 


Ten konflikt miał jednak i drugą stronę - tragedię osób w niego zaangażowanych. Zacznijmy od Bertolda z Meersburga, który był wyklęty przez papieża za rozpustny styl życia demoralizujący cesarza, a także  zajęcie jakiejś własności zakonnej. Problem polega na tym, że to wszystko działo się przed akcją powieści, a w jej trakcie zaczyna się zmieniać na lepsze m.in. pod wpływem do miłości do Judyty z Hohenau. Dlatego budzi on raczej sympatię i współczucie czytelnika.

Dalej trzeba powiedzieć, że gdy papież decyduje się ekskomunikować cesarza Henryka IV, w jego państwie wybucha wojna domowa, następuje konflikt lojalności (bo w średniowieczu ekskomunika zakazywała też kontaktów wiernych katolików z wyklętym, a ponadto papież zwolnił poddanych cesarza z przysięgi wierności wobec niego, co skwapliwie wykorzystało stronnictwo Sasów i innych lokalnych książąt, którzy nie chcieli mieć nikogo nad sobą). Sam cesarz chyba jest tu najbardziej tragiczną postacią, bo i on miał moment, że mógł stać się lepszy. Chociaż tylko powierzchownie zamierzał ukorzyć się przed papieżem, to jednak była szansa, żeby podjął z czasem i prawdziwą pokutę. Niestety, to wielodniowe leżenie w śniegu przed zamkiem w Canossie uczyniło go nie lepszym, a gorszym, mściwym i bezwzględnym. Papież nie chciał go wpuścić, ponieważ ta "pokuta" była jednocześnie samowolą. Warunki papieża były bowiem twarde: poddać się sądowi lokalnych książąt oraz jego. Chciał zmusić go do posłuszeństwa, był przekonany, że ma prawo go wymagać. Ostatecznie jednak wpuścił go, ustąpił dlatego, że jego otoczenie krytycznie oceniło surowość wobec cesarza. Zdjął więc z niego, a ten rozprawił się z wrogami u siebie, a za parę lat oblegał Rzym. 


Wiemy to z historii, wiemy też (co już wykracza poza fabułę książki) że spór trwał jeszcze za następnych cesarzy i papieży, a zakończył się konkordatem wormackim z 1122 roku, w którym ustalono, że biskupów wybiera kapituła katedralna, a opatów - kapituła zakonna. Natomiast te suche fakty niewiele dają nam wyobrażenia o tym, jakimi ludźmi byli główni aktorzy tamtych wydarzeń. Postaci Henryka IV czy np. "antycesarza" Rudolfa Szwabskiego (wybranego do korony cesarskiej przez zbuntowanych wasalów) pokazują, że historia nie jest czarno-biała, że granica między dobrem i złem nie przebiega między jednymi ludźmi a drugimi, ale, jak pisał Aleksander Sołżenicyn, "przecina serce każdego człowieka". Oprócz dania nam wyobrażenia, jak było, książka Jeske-Choińskiego wskazuje także, że dzieje mogły potoczyć się inaczej. Jest lekturą zdecydowanie godną polecenia.